Lech Poznań wkracza w decydującą fazę sezonu. Stracił Ligę Konferencji UEFA, odpadł z STS Pucharu Polski. Tuż przed przerwą reprezentacyjną wrócił jednak na szczyt tabeli PKO Ekstraklasy. Ma trzypunktową zaliczkę nad drugim Zagłębiem Lubin i trzecią Jagiellonią Białystok z którą „Kolejorzowi” przyjdzie mierzyć się już dziś. Dotychczas, dla „Dumy Wielkopolski” był to sezon pełen perturbacji, trudnych momentów, gdy w mediach społecznościowych, podczas rozmów w tramwajach i w głowach kibiców pojawiało się hasło Frederiksen out. Oczywiście, główną przyczyną były słabe wyniki, serie porażek. Powodów upatrywano w decyzjach Nielsa Frederiksena. Duńczyk na przestrzeni sezonu kilkukrotnie popełnił błędy, których musi już uniknąć, jeżeli chce wywalczyć drugi z rzędu tytuł mistrza Polski.
1. Duet Skrzypczak – Milić w wyjściowej jedenastce
Kibice Lecha Poznań mają duży szacunek do Mateusza Skrzypczaka i Antonio Milicia. Pierwszy z tego duetu jest mocno związany z Poznaniem, od dziecka kibicuje Lechowi, jest wychowankiem. Antonio Milić gra przy Bułgarskiej już szósty sezon. W tym czasie zanotował już 176 występów, dwa tytuły mistrzowskie, mecze w europejskich pucharach, które znalazły już poczesne miejsce w pamięci kibiców Lecha.
Różnica jest widoczna. Skrzypczak gra beznadziejnie cały sezon, Milić jest solidnym zawodnikiem. W duecie z byłym graczem Jagiellonii Białystok jest bardzo niespokojny, niechlujny, także popełnia dość proste błędy. Użyteczność Chorwata znacząco spada, gdy musi cofać się do głębokiej obrony po stracie piłki kolegi, zachowywać szczególną uważność. Milić stricte w asekuracji nie daje od siebie tyle co przy rozegraniu, dysponuje także przewagą fizyczną nad wieloma rywalami, dobrze gra w powietrzu.
Trudno jednak demonstrować te atuty w pełni mając obok siebie gracza będącego zapalnikiem. Na początku sezonu można było bronić Skrzypczaka grą pod wysoką presją, problemami natury mentalnej, chwilową gorszą dyspozycją. Za nami już 26 spotkań w ramach PKO Ekstraklasy – wiemy i widzimy, że to trwa już dłuższy czas. Skrzypczak dostawał przestrzeń, by odkuć się w spotkaniach ze słabszymi rywalami w europejskich pucharach – tam również był niespokojny.
Pamiętamy początek sezonu, mnogość błędów indywidualnych popełnianych przez ten duet. Lech stracił wiele zarówno na europejskim podwórku, jak i w Polsce. Zdezorganizowana gra w defensywie, bezradność wobec nawet średniego pressingu.
Obaj zyskują, gdy obok nich jest Wojciech Mońka. Mateusz Skrzypczak staje się trochę lepszy, spokojniejszy, jest w stanie zagrać znośny mecz. Antonio Milić jest po prostu sobą.
Skrzypczak najpierw traci piłkę później łamie linie spalonego pic.twitter.com/NOzo933j2W
— Pako (@Pakoakamotherfu) January 31, 2026
2. Kneblowanie Wojciecha Mońki na ławce rezerwowych
Po poprzednim sezonie PKO Ekstraklasy postać Wojciecha Mońki była mocno niejednoznaczna. Z jednej strony, znakomity występ z Legią Warszawa. Mecz ważny z perspektywy kibica – w końcu polski klasyk, ale także niezwykle istotny z punktu widzenia walki o mistrzostwo Polski. Lech zagrał na zero z tyłu i nie da się w tym zdeprecjonować udziału utalentowanego stopera. Z drugiej strony, feralny błąd z Radomiakiem Radom przez który Lech nie zdołał przełamać klątwy i musiał zadowolić się remisem. Nie wyglądało to dobrze, zwłaszcza w kontekście zwycięstwa Rakowa Częstochowa w tamtej kolejce, rywalizującego wówczas z „Kolejorzem” o mistrzowski tytuł.
Wojciech Mońka w tym sezonie dostawał minuty bardziej z konieczności. Nie zadziałał tu trenerski nos Nielsa Frederiksena, a plaga kontuzji, która wykluczyła z gry Antonio Milicia i Alexa Douglasa. Dzięki temu młodzieżowy reprezentant Polski miał okazje zademonstrować pełnie swoich umiejętności. Zagrał kapitalne mecze z Radomiakiem Radom i Lausanne Sport. Gdy Mońka był na murawie, Lech w Ekstraklasie przegrał tylko dwukrotnie – z Piastem Gliwice i Widzewem Łódź.
Statystyki
Statystyki Mońki w Ekstraklasie także imponują. 48 wygranych pojedynków na 75. Na 33 pojedynki w powietrzu, wygrał 19. Na 679 podań, 608 było celnych. Średnio pokonuje 10,52 kilometry na mecz – w tej statystyce jest najlepszy spośród graczy Lecha Poznań.
Mońka with a goal saving tackle 🚫#UECL | @LechPoznan pic.twitter.com/HK6s3bJPDH
— UEFA Conference League (@Conf_League) December 4, 2025
Trochę dziwne, że Wojciech Mońka zniknął z radarów Nielsa Frederiksena. Gdy zmieniał kontuzjowanego Antonio Milicia w meczu eliminacji do Ligi Europy z KRC Genk, poziom wzrósł. Trudno cokolwiek zarzucić 19-latkowi w tym spotkaniu, choć Lech przegrał na własnym stadionie 1:5. Później, zagrał nieźle w Ekstraklasie z Widzewem Łódź. Mońka ominął dziewięć spotkań Ekstraklasy we wrześniu, październiku i listopadzie. Z tych konfrontacji, Lech zaledwie dwukrotnie wychodził zwycięski – z nieprzekonującym wówczas GKS-em Katowice 0:1 oraz Bruk-Bet Termalicą Nieciecza 0:2. Było dużo niepotrzebnych remisów, gdy Lech wypracowywał sobie prowadzenie, ale rotacje Nielsa Frederiksena i chimeryczna defensywa sabotowały „Kolejorza”. Brakowało Wojciecha Mońki. Jego luzu, efektownych wślizgów, pracowitości.
Zagadką pozostaje także pozostawienie Wojciecha Mońki na ławce rezerwowych w meczu z Lechią Gdańsk, który otwierał rundę wiosenną.
Obecność Wojciecha Mońki w wyjściowej jedenastce jest absolutnie kluczowa. Lech może liczyć na spokój w defensywie tylko z nim na boisku.
3. Brak taktycznej elastyczności. Frederiksen nie może być uparty
Niels Frederiksen chce budować tożsamość Lecha Poznań. „Kolejorz” ma grać na wysokiej intensywności, dominować, stwarzać więcej groźnych sytuacji, być przy tym efektowny. Jest to zrozumiałe, przyjemne dla oka, dzięki takiej filozofii gry mogliśmy się cieszyć chociażby ucztą przy Bułgarskiej jaką zgotował nam Lech w konfrontacji z Rakowem Częstochowa. Lech Poznań pod względem strzelonych goli ustępuje tylko Lechii Gdańsk.
To strategia przyjemna dla oka, ale nie zawsze skuteczna. Bo czasem rywal zastawi się w głębokiej defensywie i próby dominacji Lecha nie są już tak efektowne, nie mówiąc już o efektywności – wyglądają bardziej jak walenie głową w mur. A czasem wydarzy się mecz z lepszym jakościowo rywalem. Tak było z Crveną Zvezdą, KRC Genkiem czy Szachtarem Donieck. Wszystkie te dwumecze miały wspólny mianownik – bolesna porażka w pierwszym spotkaniu, zbyt skromne zwycięstwo w rewanżu, by móc wydrapać awans do kolejnej fazy. Wspólnym mianownikiem jest także upartość Nielsa Frederiksena, który chce turboofensywnego Lecha, zespołu atakującego jak największą liczbą graczy, ale…
Taki Szachtar Donieck to wykorzystał. Miał piłkarzy, którzy wygrywali pojedynki, a następnie uciekali bezradnym graczom Lecha, których powroty we własne pole karne, na tle rywala, wyglądały jak trucht. Dlaczego? Bo byli z futbolowego lepszego świata. Podobnie było przeciwko Zvezdzie. Z KRC Genk zadecydowały wręcz kłujące nasze oczy błędy w defensywie – tutaj mamy trochę inny przypadek.
🏁 W Krakowie musimy odrabiać straty.
__
90’+7 #LPOSHK 1:3 pic.twitter.com/xGWBdF7q73— Lech Poznań (@LechPoznan) March 12, 2026
Frederiksen wyciągnął wnioski, ale za późno
W rewanżu Frederiksen akceptował, że ma słabszy zespół. Był w stanie porzucić dominacje, utrzymać pressing, ale zostawiać więcej graczy z tyłu, bardziej szanować piłkę, postawić na kontrataki. Być może przyniosłoby to efekt, w którymś z tych trzech przypadków, gdyby taktyka z drugiego spotkania została zaimplementowana w pierwszym meczu. A tak – przygoda Lecha Poznań z Ligą Konferencji UEFA zakończyła się na etapie 1/8 finału. Sezon w Europie bez historii i nie oszukujmy się, jest to powodem do lekkiego zawodu.
Trzeba także pragmatycznie grać na boiskach PKO Ekstraklasy. Potrafić sobie odpuścić, oddać piłkę rywalom, wyczekiwać ich błędu, gdy wymaga tego sytuacja. Nie mam nic przeciwko budowie tożsamości taktycznej kluby, ale na miłość boską, niech to nie uderza w jego wyniki, które koniec końców decydują kto kończy rywalizacje rozpaczom, a kto całonocnym fetowaniem. Nie expected cośtam, nie wskaźniku związane z pressingiem czy stopniem intensywności gry.
Frederiksen potrafi wyciągać wnioski
Niels Frederiksen potrafi dobrze poprowadzić zespół. Wybrać optymalną wyjściową jedenastkę. Wyciągnąć wnioski z porażek. Dokonać mądrych zmian. Co więcej, jest o krok od zdobycia drugiego z rzędu mistrzostwa Polski dla Lecha Poznań od 33 lat.
Jego samozaparcie, trudne do zrozumienia decyzje mogą irytować kibiców, ale jeżeli uda mu się po raz kolejny wywalczyć mistrzowski tytuł – będzie trenerską legendą klubu, obroni się i pokaże, że warto mu zaufać. Oczywiście, trzeba mieć na uwadze nietypowy charakter tego sezonu, ścisk, ogromną losowość wyników. Mimo to, mistrz to mistrz.
Żeby go jednak zrobić, nie można popełnić błędów za które już Lech zapłacił wysoką karę.